c U i S i n e

To był naprawdę szalony okres w moim życiu-ostatnie 10 dni. Zaczęło się od rozdania nagród S.Pellegrino 50Best w Londynie, gdzie po 3 latach panowania Nomy z Kopenhagi, nowym nr 1 została hiszpańska El Celler de Can Roca. Wspaniała to restauracja prowadzona przez trzech absolutnie skromnych braci, którzy swój fach doprowadzili do mistrzostwa. Gratulacje i pełne uznanie.

W Londynie okazało się również, że wejście do pierwszej 50. świata stanie się niebawem naprawdę nie lada wyczynem, w zasadzie porównywalnym z dostaniem się na sam szczyt. Pojawiły się restauracje z Ameryki Południowej, zwiastując, czy właściwie utrwalając trendy kulinarne. Afryka może poszczycić się prestiżowym wyróżnieniem "one to watch" dla restauracji, która dobrze rokuje i może być przystankiem kulinarnym wartym podróży.



Następnego dnia wsiadłem w samolot i udałem się do Chicago. Lunch w "slurping turtle" okazał się bardzo ciekawym wyborem, gdyż uwielbiam japońskie dania podane według zasady "value for money", za co zresztą lokal otrzymał wyróżnienie Bib Gourmand. Wieczorem przyszła pora na teatr zmysłów w najlepszej restauracji Ameryki - Alinea. Przejście przez hol pełen wiszących kwiatów, z których jeden był jadalny, zapowiadał prawdziwą ucztę dla ciała i ducha. Nie zawiodłem się, lokal prowadzony przez szefa, który zmaga się z rakiem - oferował prawdziwe doznania kulinarne najwyższych lotów. Ciekawe, że za kolację płaci się w dniu składania rezerwacji, czyli około 3 miesiące wcześniej.

Zasiadając przy stole, nie boimy się rachunku, który jakoś już znieśliśmy lub wyrównaliśmy debet na karcie. Płaci się słono, razem z winem dla dwóch osób to 870 dolarów. Kosmos, ale wart ceny. Z Chicago udałem się do Knoxville w Tennessee, gdzie na zaproszenie polskiego konsula dr Pieńkowskiego wziąłem udział w Polish Culture Festival - Poland Now. Na kolację, którą przygotowałem stawiło się ponad sto osób, kompletnym zaskoczeniem było przyznanie mi Honorowego Obywatelstwa miasta. Mam nadzieję, że moja kolacja była warta tego wyróżnienia;-)

Z Knoxville udałem się o Nowego Jorku, gdzie oprócz kolacji w Corton, Blue Hill, Momofuku i Atera największym pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie kultura jedzenia. Sklepy, uliczne restauracje, bary i kreatywne koncepty mienią się różnorodnością i niczym nie przypominają amerykańskich standardów. Gdy przypominam sobie rozmowę na temat polskich kulinariów od razu problemem staje się brak dostępu. W NY dostęp do wszystkiego jest i to co dzieje się na obrzeżach miasta, gdzie panuje kult posiadania farmy, eko żywności i lokalnych restauracji daje jasny sygnał, że Ameryka kulinarnie przyspiesza. Nie zdziwię się, gdy za parę lat najlepszą restauracją świata zostanie Blue Hill at Stone Barns... Już dziś warto się wybrać, zanim trzeba będzie czekać dwa lata na stolik...:-)
Trwa ładowanie komentarzy...